Do trzech razy sztuka!

Relacja Karola Lipowskiego z Biegu Leśnego w  dniu 30.03.2019:

Po pierwszych zawodach w 2019, które w moim wykonaniu były takie sobie, przyszła kolej na trzeci sprawdzian formy. W planie startowym był Leśny Bieg w Gdyni na dystansie 42km. W głowie tylko jedno życzenie – dać z siebie wszystko! Trzy dni przed zawodami uzupełniałem zapasy glikogenu w mięśniach, do tego stopnia, że miałem wrażenie, iż cukier wylewa mi się uszami. Byłem naładowany energią, przygotowany treningowo i mocno zmotywowany. Tylko taktyka biegu pozostawała pod znakiem zapytania. Bałem się, że jeśli zacznę zbyt wolno, czołówka biegu znów mi ucieknie. Chciałem mieć bieg pod kontrolą. Założenie było takie żeby od początku trzymać się prowadzących bieg. Jak długo? Tak jak to jest możliwe, a na końcu przyśpieszyć :-). Świetny plan 🙂 Tylko, co będzie, jeśli chłopaki będą bardzo mocni i początek będzie za szybki? No… kto nie ryzykuje, ten nie pije :-).W sobotę 30 marca o 7:30 stałem na starcie biegu. Gotowy na mocne bieganie. Do pokonania były dwa okrążenia po lesie, każde po 21 km z sumą przewyższeń 312 m. Czyli w sumie 624 m w górę i tyleż samo w dół. Od początku biegu trzymałem się czołówki biegu, która na moje szczęście zaczęła spokojnie, średnio po 4’30min/km. Dobrze i w miarę luźno się biegło. Byłem piąty z niewielką stratą do prowadzącej trójki. Wszystko zgodnie z planem. Po 20 km jeden z zawodników czołówki zwolnił, dzięki czemu ja się przesunąłem na 4-tą pozycję. Potem nawrotka i komentarz prowadzącego imprezę spikera „pierwsze okrążenie pokonuje właśnie czołówka maratonu” Te słowa dodały mi animuszu. Delikatnie przyśpieszyłem, ale z decydującym atakiem się wstrzymywałem. Czułem narastające zmęczenie w mięśniach. Jednocześnie wiedziałem, że stać mnie żeby trochę przyśpieszyć. Tak było do około 28 km. Tam po raz drugi musiałem pokonać mocny….zbieg! Tak, zbieg! Zbieganie w dół nigdy nie było moją mocną stroną, na większości zawodów mam problem, aby utrzymać tempo pozostałych zawodników właśnie na zbiegach. 

 

Związane jest to z moim wysokim wzrostem. Tym razem nie chciałem odpuścić. No i zapłaciłem za to. Na końcu zbiegu mięśnie czworogłowe zaczęły mnie mocno boleć. Zamiast przyśpieszać musiałem nieco zwolnić. Całym moim szczęściem kawałek dalej był punk nawadniania. Dwa kubeczki zimnej wody na każdą z nóg przyniosły ulgę.  Dalej był długi podbieg, który pozwolił mi spokojnie wrócić do rywalizacji. Czołówka nieco się oddaliła, mnie w między czasie wyprzedził mnie jeden z zawodników. Znów spadłem na 5 miejsce. Strata do prowadzących zawodników była niewielka, a przewaga nad kolejnym, czyli szóstym zawodnikiem duża. Po tym incydencie biegłem asekuracyjnie.  Nogi miałem mocno nadwyrężone i myślami byłem bliżej ukończenia zawodów, niż jakiejś ułańskiej szarży. Udało się! Zawody ukończyłem bez kontuzji! Oficjalny czas to 3:19:45, w klasyfikacji generalnej 5 miejsce, oraz 1 miejsce w nowej kat. M40-49.

Żona skwitowała to trafnym komentarzem „no i ładnie, gratuluję! tylko tą kategorią wiekową to Ty się nie chwal :-)”. No cóż, latka lecą…

Jednak powiedzenie: Do trzech razy sztuka… sprawdza się! Gratulujemy!